Oldal kiválasztása

Prowadzę małą pracownię ceramiczną na obrzeżach Janikowa. Przez pierwsze dwa lata klienci przychodzili głównie z polecenia, a ja marzyłem o stabilniejszym strumieniu zamówień. Próbowałem reklam w internecie i ulotek rozwieszanych na słupach, ale efekty były mizerne. Wtedy ktoś podrzucił mi pomysł, żeby skontaktować się z miejscowym ośrodkiem kultury. Przyznam, że na początku nie widziałem związku między glinianymi miskami a instytucją kojarzącą się z koncertami i plastyką dla dzieci.

Kiedy dowiedziałem się o działalności Mgok Janikowo strona, postanowiłem sprawdzić, jakie możliwości oferuje. Okazało się, że dyrektor otwarcie rozmawia o współpracy z lokalnymi rzemieślnikami. Zaproponowałem cykl warsztatów garncarskich w ramach zajęć dla dorosłych. Zgodzili się, pod warunkiem że sam pokryję koszty materiałów, a oni udostępnią salę i zajmą się promocją. Zaryzykowałem.

Warsztaty jako most między kulturą a biznesem

Pierwsze zajęcia przyszły trzy osoby. Czułem się zawiedziony. Ale po miesiącu przyszło osiem, a po dwóch – dwanaście. Ludzie zaczęli mówić o mojej pracowni w sklepie i u fryzjera. Coś drgnęło. Nie chodziło tylko o to, że ktoś kupił ode mnie miskę po warsztacie. Problem polegał na tym, że wcześniej nikt nie wiedział, że istnieję. Ośrodek kultury dał mi wiarygodność. Kiedy widzą ogłoszenie na jego stronie, myślą: „To sprawdzone, ktoś to organizuje”. Dla małego biznesu taki parasol jest na wagę złota.

Co więcej, sam zacząłem chodzić na inne wydarzenia w Mgoku – na spotkania autorskie, wieczory poezji. Poznałem tam właścicielkę lokalnej kawiarni i panią od ręcznie robionych świec. Wymieniliśmy się kontaktami. Raz zorganizowaliśmy wspólny kiermasz przedświąteczny w holu ośrodka. Każdy wystawił swoje stoisko, a ośrodek zadbał o oprawę muzyczną i nagłośnienie. Kosztowało mnie to tylko czas i parę drobiazgów na degustację. Sprzedałem w jeden dzień tyle, co normalnie przez dwa tygodnie.

Wspólne wydarzenia budujące lokalną markę

Zastanawiasz się, czy to działa tylko w przypadku twórców ręcznych? Nie. Moja znajoma prowadzi małe biuro rachunkowe. Namówiłem ją, żeby wygłosiła krótki wykład o podatkach dla osób rozpoczynających działalność w ramach cyklu „Praktyczny przedsiębiorca” w Mgoku. Przyszło piętnaście osób, ale każda zapamiętała jej nazwisko. Potem dostała trzy nowe zlecenia. Instytucja kultury nie kojarzy się z księgowością, ale to właśnie tam można spotkać ludzi, którzy potrzebują twoich usług – i to bez nachalnej reklamy.

Widzę też, że ośrodek sam ewoluuje. Na jego stronie pojawiają się informacje o lokalnych firmach, które wspierają wydarzenia. To symbioza. Ja dostaję dostęp do odbiorców, oni dostają treść do wypełnienia kalendarza i dowód, że są żywym miejscem, a nie tylko skansenem kultury. Nie ma w tym wielkiej filozofii – wystarczy przyjść, porozmawiać i zaproponować coś konkretnego. Zapytałem ostatnio dyrektora, dlaczego tak chętnie otwiera drzwi przedsiębiorcom. Odpowiedział, że celem nie jest tylko organizowanie imprez, ale budowanie lokalnej wspólnoty, a mały biznes jest jej kręgosłupem.

Jeśli prowadzisz firmę w małym mieście i szukasz sposobu, żeby wyjść z anonimowości, spójrz na najbliższy dom kultury. Może nie od razu kojarzysz go z biznesem, ale to właśnie tam spotkasz ludzi, którzy mają czas, ciekawość i chęć do współdziałania. Mnie zmieniło to sposób myślenia o marketingu – przestałem patrzeć wyłącznie na statystyki w sieci, a zacząłem inwestować w relacje w realu. I to się opłaca.